Druga szansa

Maroko usytuowane na samym krańcu Afryki Północnej to niezwykła mieszanka pustyni, gór i oceanu w idealnych proporcjach. Ten wyjątkowy kraj, jako kierunek mojej pierwszej prawdziwej podróży, nauczył mnie pokory i ostrożności, gdy zamiast wspaniałych miast, długich plaż oraz kolorowych targowisk uginających się od ciężaru najróżniejszych skarbów przygotował dla mnie lekcję – trudną, lecz niezwykle potrzebną. Biedniejsza o skradziony portfel i jednocześnie bogatsza o bezpodstawny mandat, tajemną wiedzę o wyrafinowanych sposobach oszukiwania turystów oraz siniaka po rzuconym we mnie kamieniu, po kilku latach wróciłam do Maroka, który postanowił sprawdzić, czy na pewno przyswoiłam całą wiedzę, jaką mi dawno temu przekazał.

Skąpany w słońcu Marrakesz, którego początki sięgają drugiej połowy XI wieku, przywitał mnie kurzem, krzykiem sprzedawców oraz zapachem soczystych mandarynek unoszącym się w powietrzu. Ten zorganizowany chaos o kształcie rozległego miasta słynie ze swojej ogromnej medyny wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO oraz licznych łaźni oferujących tradycyjny rytuał oczyszczający hammam. Łaźnie były dawniej postrzegane jako święta przestrzeń do fizycznego i duchowego oczyszczenia przed modlitwą, a obecnie stanowią miejsce spotkań towarzyskich oraz filar codziennego życia Marokańczyków. Podstawą stosowanych tutaj tradycyjnych rytuałów pielęgnacyjnych jest savon noir, słynne, czarne mydło o konsystencji gęstej pasty, które powstaje wyłącznie z oliwy z oliwek oraz oliwek macerowanych w soli potasowej. Ta niezwykła substancja nadaje skórze niemal aksamitną gładkość, a jej niepowtarzalna woń otula całe ulice, kusząc przechodniów obietnicą całkowitego relaksu. Niecałą minutę po opuszczeniu jednej z łaźni usłyszałam od mijanego mężczyzny „nice hammam” wypowiedziane z wielkim uśmiechem. Tego, jak rytuał wspaniale odpręża ciało i umysł, nie da się w żaden sposób ukryć. Kolejnego dnia wyruszyłam w głąb labiryntu stworzonego z ciasnych, ceglano-różowych uliczek medyny, aby zobaczyć najsłynniejszy targ na świecie. Każdego ranka tutejsi sprzedawcy wylewają przed swoimi sklepikami wodę, aby odnowić energię dnia i przyciągnąć klientów poszukujących kolorowych stożków uformowanych z aromatycznych przypraw, koszy pełnych ziół i suszonych kwiatów, haftowanych pantofli ze szpiczastymi czubkami, skórzanych toreb we wszystkich rozmiarach, pasków o każdej możliwej długości oraz butelek wypełnionych złocistym olejem arganowym, które okryte ciepłym blaskiem miedzianych lamp przyozdabiających niemal każdy stragan, zdają się być produktami najwyższej jakości. Maroko, otwierając przed turystami swoje ramiona, w stosownym czasie pobiera od nich podatek od naiwności. Większość „płynnego złota” nie ma jasnożółtej barwy, której zawdzięcza swoją nazwę, lecz dużo ciemniejszą, co wskazuje, że produkt nadaje się wyłącznie do celów spożywczych, a nie kosmetycznych. Zamknięty w przezroczystej butelce, pod wpływem promieni słonecznych dawno stracił swoje cenne właściwości, podobnie jak zwietrzałe przyprawy ugniatane skrupulatnie przez sprzedawców w idealne ostrosłupy. Handlarze, których znaczna część asortymentu przyjechała na targ w kontenerze z dalekiej Azji, potrafią niemal bezbłędnie określić narodowość turysty na podstawie zaledwie kilku wypowiedzianych przez niego słów, co nadzwyczaj często gwarantuje sukces transakcji i sprawia, że kupujący wraca do domu z masą zupełnie niepotrzebnych mu rzeczy. Poplątane ścieżki prowadzą do serca bazaru – placu Jemaa El-Fna, który choć budzi się do życia dopiero nocą, już za dnia zaatakował wszystkie moje zmysły. To właśnie tutaj, pośród straganów oferujących świeżo wyciskane soki owocowe we wszystkich możliwych kombinacjach, na niskich pufach siedzą mężczyźni grających na instrumentach zwanych pungi najbardziej drażniącą melodię na świecie. Już od zbyt wielu lat zaklinacze węży odławiają te niezwykłe zwierzęta z ich naturalnego środowiska, usuwają im kły, zaszywają pyski oraz głodzą, aby te, ku uciesze publiczności, prezentowały przy dźwiękach muzyki swoją imponującą postawę obronną. Mówi się, że kobry zahipnotyzowane melodią tańczą, lecz w rzeczywistości reagują one na wibracje dźwięku wydobywające się z instrumentu, które wywołują u węży stres i zmuszają je do przyjęcia charakterystycznej pozycji poprzedzającej atak. Na wolności zwierzęta te żyją w ciszy, ukrywając się w opuszczonych norach lub kopcach termitów, a przyniesione w plecionych koszach w samo centrum olbrzymiego targu, zmuszane są do ciągłego słuchania potwornej kakofonii, na jaką składają się dźwięki pungi, donośne nawoływania sprzedawców, okrzyki dorożkarzy oraz głośna muzyka płynąca z każdego zakątka placu. Wszystko po to, aby turyści krzycząc z radości na widok otępiałego węża, mogli zrobić sobie z nim zdjęcie za kilka euro. Mieszanka najróżniejszych dźwięków dobiegających ze wszystkich stron urzekła francuskiego projektanta mody Yves Saint Laurenta, który wraz ze swoim partnerem Pierrem Bergé zakupił w 1980 roku Ogród Majorelle – znajdujące się w centrum Marrakeszu, pełne egzotycznych roślin żywe dzieło sztuki zaprojektowane przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle. Ogród ze swoją okazałą willą o elektryzująco niebieskim kolorze stanowi oazę spokoju pośród zgiełku wielkiego miasta, a wypełniony śpiewem ptaków oraz wspaniałymi roślinami z odległych zakątków globu, stanowił dla legendarnego założyciela domu mody YSL niewyczerpane źródło inspiracji. Po dniu pełnym wrażeń i nieustającego hałasu odnalazłam wytchnienie w jednym z riadów, czyli tradycyjnym marokańskim domu, jaki dawniej należał do zamożnego kupca lub przedsiębiorcy. Zachwycająca posiadłość odgrodzona od zewnętrznego świata potężnymi murami skrywała niewielki ogród i dziedziniec otulony zapachem jaśminu, rozmarynu oraz aloesu, niezwykłe mozaiki zellige prezentujące skomplikowane, islamskie motywy geometryczne, a także olbrzymi taras, z którego mogłam podziwiać Marrakesz i otaczające go Góry Atlas, zostawiając odgłosy tętniącego życiem miasta kilka pięter niżej.

Gdy opuściłam pełen dźwięków, kolorów i zapachów chaos zwany Marrakeszem, ruszyłam w kierunku ośnieżonych górskich szczytów, gdzie udało mi się dostrzec niekwestionowany symbol marokańskiej wsi – Mercedesa 240D. Ten z pozoru zwyczajny samochód po raz pierwszy został wprowadzony na rynek w latach 70., lecz gdy czasy jego świetności minęły i uznano go za zbyt przestarzałego dla europejskiego rynku, trafił do Maroka, gdzie z przebiegiem dochodzącym często do miliona kilometrów prowadzi swoje drugie, a nawet trzecie życie. Mercedes 240D odgrywa istotną rolę w życiu Marokańczyków, gdyż jako środek transportu publicznego, na którym można polegać zawsze, wszędzie i we wszystkich warunkach, jest traktowany przez swoich właścicieli jak najcenniejszy skarb. Obecnie coraz trudniej jest spotkać te niezwykłe samochody, które wypełnione po brzegi najróżniejszymi przedmiotami – od olbrzymich toreb na zakupy, przez zwierzęta takie jak kozy czy kurczaki, aż po materiały budowlane, mkną niestrudzenie po dziurawych drogach daleko od wielkich miast, docierając tam, gdzie nie potrafi żaden inny samochód. Zmierzając na wschód znalazłam się w miejscowości Ouarzazate słynącej z zamku Ait Ben Haddou stworzonego w całości z gliny i słomianej sieczki, który stanowił dawniej ufortyfikowaną osadę nazywaną ksar. Strzeliste, pomarańczowe budowle otoczone wzgórzami i gajem palmowym znajdują się na dawnym szlaku karawanowym łączącym Marrakesz i Saharę, a ze względu na swój niepowtarzalny urok pojawiły się w filmach takich jak Gladiator, Królowa pustyni, Aleksander czy Mumia. Ait Ben Haddou zrobił na mnie z daleka wielkie wrażenie, lecz z bliska okazał się smutnym rozczarowaniem wypełnionym śmieciami, kilometrami kabli oraz wątpliwościami, czy to, na co patrzę, nie jest elementem scenografii, która po zakończeniu kolejnej produkcji filmowej zostanie rozebrana. Po długiej podróży dotarłam wreszcie na skraj Maroka, gdzie w całkowitej ciszy przywitały mnie okazałe wydmy Erg Chebbi. Z morza miękkiego piasku wyznaczającego północno-zachodni kraniec Sahary na wysokość 100 metrów wznosi się ku niebu Lala Lallia – niezwykle rzadka wydma o kształcie gwiazdy, która narodziła się 13 tysięcy lat temu. Stworzona dzięki działaniu dwóch przeciwstawnych wiatrów, pod wpływem siły trzeciego przemieszcza się o 50 cm w ciągu roku, zachwycając swoim unikatowym wyglądem zarówno przyjezdnych jak i mieszkańców kraju. Choć jako pierwsza ze wszystkich wydm oświetlana jest o poranku promieniami wschodzącego słońca, podobnie jak reszta pustyni zimą pochłania cały chłód nocy, przez co wędrowanie boso po pomarańczowym piasku przypomina spacerowanie po śniegu.

Podobny spokój, jaki wypełnia Erg Chebbi odnalazłam w miejscowości Essaouira graniczącej ze wzburzonymi falami Oceanu Atlantyckiego. To urokliwe, portowe miasto słynie z nieustającego wiatru, białych riadów o niebieskich fasadach i niezwykle pięknej medyny zamieszkiwanej przez setki kotów, które spędzają swój czas wylegując się w donicach, na ławkach, murkach oraz dachach licznych restauracji. Wraz z gromadą zwierzaków żądających nieustannego głaskania spacerowałam zaskakująco czystymi uliczkami, przyglądając się straganom uginającym od ciężaru glinianych naczyń tajine, błyszczących kryształów górskich, kadzideł, pięknie zdobionych dywanów oraz okazałych kapeluszy, toreb i żyrandoli wyplecionych z trawy. Usiadłam na niewielkim dziedzińcu skrytym w cieniu potężnego fikusa, ciesząc się z wirującej w powietrzu mieszanki morskiej bryzy, świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej oraz woni sekretnej, pieprzno-słodkiej przyprawy ras el hanout składającej się z aż 30 składników. Z portfelem wciąż znajdującym się w plecaku, z którego nie wysypywały się dziesiątki nieprzydatnych pamiątek, zaliczyłam tę lekcję na szóstkę z małym minusem – i tym razem wróciłam do domu z mandatem.

Prestiż  
Styczeń 2026